• Polski
  • Deutsch
  • English

Zorze Polarne i Orki

Wyprawa 26.01 - 02.02.2019

Całe życie samotności – to nic
Całe morze samotności – to nic
Ja wiem, że jesteś – samotny wielki ocean.

W Norwegii byłem już kilka razy w odwiedzinach u rodziny, której losy splotły się z tym surowym, choć niezwykle pięknym, krajem. Uwielbiam podróże, ale to już ci, którzy mnie znają, doskonale wiedzą. Poprzedni rok w pracy był niezwykle trudny, dlatego też chciałem pojechać gdzieś, gdzie odpocznę, tak naprawdę odpocznę bardziej psychicznie niż fizycznie – i wiecie co? Udało się.

Ofertę znalazłem na Facebooku: prosty post o organizowaniu rejsu, w czasie którego można zobaczyć Orki, Humbaki, Niedźwiedzie Polarne, połowić ryby. Spodobało mi się, dlatego napisałem do autorki posta, Małgosi. Odezwała się, szybko wysyłając ofertę i odpowiadając zwięźle na moje pytania. Bez zbędnego ociągania załatwiliśmy formalności.

Nie mogłem się doczekać wyjazdu. Uzupełniłem garderobę o niezbędne ciuchy, skontaktowałem się z Adrianem, który jechał też na ten rejs z córką Mają, dograliśmy szczegóły, łapiąc wspólny język i w wyznaczonym terminie ruszyliśmy w drogę. Jazda, lot do Tromsø i wyjście z samolotu. Stojąc już w drzwiach, dostałem mocne uderzenie zimnem w twarz i pomyślałem sobie, że żartów nie ma i trzeba się ubierać. Odebrał nas Paweł, nasz kapitan na jachcie, który przez najbliższy tydzień stawał się naszym domem, a towarzysze wyprawy – żeglarską rodziną. Jacht jest niewielki, a na nim 9 osób praktycznie nieznających się, dlatego ważne jest, żeby się fajnie dobrać. My dobraliśmy się znakomicie. Wszyscy tworzyliśmy myślę świetny zgrany zespół, który zachowywał się tak, jak byśmy przepłynęli wspólnie wiele mil morskich. O Adrianie i Mai już wspomniałem.

Na lotnisku poznałem Gosię, studentkę biologii, fascynatkę Humbaków, Orek i chyba życia morskiego – to dzięki niej wiedzieliśmy, że Orka, która pływa koło nas, jest z gatunku Fiszbinowców jeden z 14 zresztą. Mówi wam to coś? Mi też nie, ale miło się słuchało i czerpało z jej wiedzy. Gosia okazała się bardzo miłą, pomocną osobą. To ona obudziła mnie na zorzę, która dawała spektakularny koncert, kiedy ja z gorączką spałem w kajucie. Przybiegła z telefonem w ręku i mówi „Arek, zobacz, jaka piękna zorza! Jak pięknie wychodzi na telefonie, jak chcesz, to chodź i zobacz”. Nie trzeba było mnie specjalnie zachęcać. Ubrałem się w pośpiechu w ciepłe ciuchy, poszedłem na pokład i moim oczom ukazał się widok, jakiego nigdy nie zapomnę (co prawda, miałem gorączkę, więc moje zdolności postrzegania trzeźwo były zaburzone, ale skoro inni widzieli to samo, uznaję, że nie koloryzuję). Nie da się porównać tego widoku z niczym, co do tej pory widziałem, a widziałem już wiele w swoim życiu. Od jednego krańca nieba do drugiego rozścielała się niczym malowana tańcząca harfa na niebie, mieniąca się zielonymi, fioletowymi, czerwonymi i niebieskimi kolorami. Fantastyczne przeżycie – dzięki Gosia.

Kajutę dzieliłem z Honoriuszem – nie wiem, z jakiej planety przyleciał ten człowiek, ale tak pozytywnego gościa dawno nie spotkałem. Rozkręcał się powoli z wypowiedziami, ale jak już coś powiedział – było to coś super. Honoriusz jest też mistrzem świata w robieniu naleśników, które w rekordowo szybkim tempie przygotował dla naszej całej 9 osobowej ekipy. Była też Justyna spokojna, ale bardzo miła dziewczyna, niezwykle pracowita i pomocna we wszystkim oraz Ania, która sprawiała wrażenie najbardziej z nas wszystkich poukładanej osoby, w dodatku osoby o ciekawym spojrzeniu na świat popartym jej własnymi doświadczeniami. Przyjemnie się z nią rozmawiało, poratowała mnie lekami, kiedy chorowałem, a jej synek, Janek o pięknych, dużych oczach, mobilizował nas do gier w butelkę albo mafię.

Dzięki tym wszystkim osobom wyjazd był tak bardzo udany oczywiście na czele z kapitanem, któremu udało zgolić się brodę (co prawda na raty, ale jednak). Paweł dbał o to, żebyśmy się nie nudzili. Można było np. udać się na jazdę reniferami do wioski (chyba) Lapończyków, ale ci, którzy nie pojechali, myślę, że nie mają czego żałować. Wsiedliśmy w auto i ruszyliśmy na objazd wyspy. Miejsc godnych sfotografowania na tej trasie jest tyle, że musielibyśmy ją pokonywać na piechotę. Zjeżdżaliśmy z głównej drogi odkrywając widoki na piękne zatoczki z górami w tle. Jeden Norweg pozwolił nam wejść na jego teren, mówiąc, że z jego ziemi jest najładniejszy widok. Chyba się nie mylił, bo widok był oszałamiający – wpatrując się w zatokę pełną mniejszych wysepek z górami w tle, można się było zapomnieć, gdyby tylko nie wiał strasznie zimny wiatr, ale i on nie był nam straszny (niestety do czasu), kiedy można było nacieszyć oko takimi widokami. Po drodze udało nam się spotkać trochę Reniferów. Te niezwykle łagodne zwierzęta były w pewnym momencie nawet przy naszym aucie na wyciągnięcie ręki.
Kiedy pływaliśmy łodzią, okalały nas niezwykłe, majestatyczne widoki. Wyobrażacie sobie 20-30 metrowego Humbaka, który wynurza się koło was, a wam w tym czasie aż szczeka opada na dół z wrażenia dostrzegając, jak ogromne jest to zwierzę. Całe szczęście, że ludzie w swojej chciwości nie wybili ich wszystkich, choć było ku temu bardzo blisko. Humbak znika po chwili, wypatrujecie go, po czym dostrzegacie fontannę kilkadziesiąt metrów dalej. Wszystko to w niezwykłej, górskiej, zimowej, surowej scenerii ze światłami w tle z przybrzeżnych domostw.

W niedzielę zaczęli pojawiać się na łodzi nasi zmiennicy zaciekawieni atrakcjami, których mogą się tutaj spodziewać. Siedząc wspólnie przy stole, opowiadaliśmy im, co nas spotkało i jak cudowne chwile spędziliśmy, dostrzegając niezwykłe morskie zwierzęta czy niewiarygodny spektakl na niebie. Od czasu do czasu pojawiała się delikatnie krępująca cisza, czyżby każde z nas zazdrościło im w myślach tego, co ich czeka w czasie najbliższych kilku dni? A może wszyscy, którzy wyjeżdżali, mieli wielki żal do losu, że nie można zatrzymać tych chwil na dłużej? Żal, że to już jednak koniec! Że za jakiś czas wsiądziemy w auto, samolot, rozjedziemy się do naszych domów, a wszystko to pozostanie już tylko w naszych głowach, na zawsze zostawiając kawałek swego serca w tych miejscach, które dane nam było odwiedzić i z tymi ludźmi, których dane nam było poznać.
Ja osobiście byłem rozdarty: z jednej strony te wspaniałe widoki, z drugiej tęsknota za domem, za bliskimi dawała się coraz bardziej we znaki i powodowała, że jakaś cząstka mnie jednak cieszyła się, że wracam do swoich ukochanych. Szkoda, że nie oglądaliście tego wszystkiego ze mną. Wszystkim dziękuję za ten wspaniały wyjazd, za widoki, które na zawsze zostaną w mojej głowie, no chyba, że mi je Alzhajmer zabierze, ale mam nadzieje, że to się nie stanie. W pewnym momencie knuliśmy nawet małą intrygę, jak wygryźć nowa ekipę i zająć ich miejsce, ale uznaliśmy, że każdemu warto dać szansę zobaczenia tego, co udało zobaczyć się nam.

Arek Malicki

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
%d bloggers like this: